patyczanka.pl Organizacja,Pomysły Nikomu nic się nie chce

Nikomu nic się nie chce

Wiemy o tym, bo już w 1948 roku powołano specjalne komórki, których zadaniem było dopilnowanie, żeby ludziom zaczęło się chcieć. W marcu tego roku w polskich kopalniach zaczęły działać Czwórki Popularyzowania Współzawodnictwa. Miały sprawić, żeby do wyścigu pracy dołączało jak najwięcej pracowników i żeby współzawodnictwo nie pozostawało wyłącznie hasłem z gazet, lecz przekładało się na konkretne wyniki, procenty normy i nazwiska kolejnych robotników deklarujących, że będą pracować szybciej, więcej i wydajniej.

Wcześniej, po ogłoszeniu słynnego apelu Wincentego Pstrowskiego, w kopalniach i większych zakładach przemysłowych powstały Komitety Partyjne do spraw Współzawodnictwa. Polecono również, żeby szczególne baczenie na sprawy wyścigu pracy miały tak zwane trójki antysabotażowe. Współzawodnictwu poświęcano czas na zebraniach partyjnych, naradach wytwórczych i spotkaniach z dozorem technicznym.

Zatrzymajmy się na chwilę przy słowie „antysabotażowe”. Nie motywacyjne, nie wspierające i nie zajmujące się dobrostanem pracowników. Antysabotażowe. Jeżeli ktoś nie wyrabiał odpowiednio wysokiej normy, można było uznać, że nie jest po prostu zmęczony, zniechęcony albo źle przygotowany. Być może sabotował.

Epoka, o której dziś mówimy z rozrzewnieniem, że wtedy to ludziom się chciało, potrzebowała komitetów, trójek, czwórek, kontroli i podejrzeń, żeby ludziom się chciało. Takich rzeczy nie buduje się w kraju, w którym wszyscy z własnej woli rwą się do pracy.

Chłopak, który zaczął pracować w wieku ośmiu lat

Nazywał się Wincenty Pstrowski i przez krótki czas był prawdopodobnie najbardziej rozpoznawalnym górnikiem w Polsce. Urodził się w 1904 roku w biednej rodzinie chłopskiej we wsi Deszno, około dziesięciu kilometrów od Nagłowic na Kielecczyźnie. Po śmierci ojca, mając zaledwie osiem lat, poszedł do pracy jako wiejski pomocnik.

W wieku, w którym współczesne dziecko chodzi do drugiej albo trzeciej klasy szkoły podstawowej, Pstrowski nie zastanawiał się, czy chce mu się rano wstać. Nie miał planera, porannej rutyny ani aplikacji do budowania nawyków. Miał rodzinę, która potrzebowała pieniędzy, i rzeczywistość, w której dziecko mogło być częścią domowego systemu utrzymania.

Pod koniec lat dwudziestych, szukając lepiej płatnego zajęcia, zamieszkał w Zagórzu i zatrudnił się w kopalni „Mortimer”. Pracował tam do 1933 roku, kiedy zakład unieruchomiono, a całą załogę zwolniono. Później dorabiał, wydobywając węgiel w biedaszybach. W marcu 1937 roku wyjechał do Belgii i rozpoczął pracę w kopalniach węgla kamiennego w okolicach Mons. W 1940 roku wstąpił do Komunistycznej Partii Belgii.

W maju 1946 roku wrócił do Polski i zamieszkał z rodziną w Zabrzu-Biskupicach. Miesiąc później pracował już jako górnik w kopalni „Jadwiga”. Wstąpił również do Polskiej Partii Robotniczej.

I tutaj, zanim zrobi się wzruszająco, trzeba powiedzieć rzecz, którą łatwo byłoby ominąć, ponieważ psuje prostą historię o zwykłym człowieku wykorzystanym przez bezduszny system. Tylko że bez niej ten tekst byłby ściemą.

Pstrowski był przekonanym komunistą. Brał udział w akcjach propagandowych przed wyborami do Sejmu Ustawodawczego w styczniu 1947 roku, czyli przed wyborami, które zostały sfałszowane. W dniu głosowania zasiadał z ramienia PPR w komisji wyborczej. Jak opisuje IPN, jego postawa polityczna i bezwarunkowe zaangażowanie zwróciły uwagę komunistycznych decydentów.

Nie jest to więc historia całkowicie niewinnego człowieka, którego system przypadkowo wciągnął, wykorzystał i porzucił. Jest to historia człowieka, który wszedł do systemu z własnej woli, wierzył w niego i uważał, że robi dobrze. Pomagał go budować, a system i tak go zużył.

Ta wersja jest mniej wygodna, ponieważ nie daje prostego podziału na złe państwo i dobrego robotnika. Jest jednak znacznie ciekawsza i bardziej prawdziwa. Pokazuje, że system nie oszczędza nawet tych, którzy szczerze w niego wierzą. Czasem właśnie ich wykorzystuje najszybciej.

Ile naprawdę wyrabiał

Pstrowski był sprawnym, a przede wszystkim wykwalifikowanym górnikiem. Po powrocie z Belgii wykorzystywał metody wyrębu i załadunku, których nauczył się w tamtejszych kopalniach. Wymagały ogromnego wysiłku fizycznego, ale nie były, jak później czasem sugerowano, całkowicie niemożliwe do wykonania.

Początkowo wyrabiał około 120 procent normy. Na początku 1947 roku przekroczył ją o 240 procent, a w kwietniu osiągnął 273 procent. Czy rzeczywiście wykonywał całą pracę wyłącznie ze swoim pomocnikiem? Czy, jak twierdzili krytycy współzawodnictwa, pomagali mu również jeńcy i więźniowie? Dziś trudno rozstrzygnąć to jednoznacznie. Historycy pozostawiają to pytanie otwarte i ja również je zostawię.

Warto jednak zauważyć, że legenda nie powstała całkowicie z niczego. Pstrowski naprawdę był dobrym fachowcem. Umiał pracować szybciej i skuteczniej niż wielu innych. Propaganda nie musiała wymyślać jego sprawności. Musiała jedynie wyciąć z jego historii wszystko, co nie pasowało do oficjalnej narracji, podkręcić przekaz i zamienić człowieka w symbol.

27 lipca 1947 roku, w niedzielnym wydaniu „Trybuny Robotniczej”, organu Komitetu Wojewódzkiego PPR w Katowicach, ukazał się „List otwarty do górników w Polsce”. Został opublikowany pod nazwiskiem Pstrowskiego i kończył się pytaniem: „Kto wyrąbie więcej ode mnie?”.

Krótki tekst nie różnił się szczególnie od wielu podobnych apeli publikowanych w tamtym okresie. Nic nie zapowiadało, że przejdzie do historii i stanie się początkiem masowego ruchu współzawodnictwa pracy. Najprawdopodobniej powstał z inicjatywy i za namową władz partyjnych.

Najsłynniejsze zdanie polskiego wyścigu pracy nie było więc spontanicznym odruchem człowieka, który pewnego ranka zszedł pod ziemię i pomyślał, że wszyscy powinni zacząć pracować jeszcze więcej. Było elementem kampanii. Bardzo skutecznej, skoro działa do dziś, siedemdziesiąt dziewięć lat później, w pokojach nauczycielskich, przy rodzinnych stołach, w komentarzach pod artykułami i w twojej głowie o 6:40 rano, kiedy patrzysz na budzik i myślisz, że kiedyś to ludzie potrafili pracować.

Nie pamiętamy komitetów, trójek antysabotażowych ani politycznej presji. Pamiętamy bohatera i pytanie: „Kto da więcej?”. To jest definicja skutecznej propagandy.

Jak umarł Pstrowski

I tu dochodzimy do części, przez którą właściwie napisałam ten tekst. Wszyscy mniej więcej wiemy, jak umarł Wincenty Pstrowski. Zapracował się. Przekroczył normę, wyciągnął nogi, jak głosiło popularne powiedzonko. Bohater pracy miał paść od nadmiaru własnego zapału, a jego ciało miało ostatecznie powiedzieć „dość”.

Tyle że nie.

Pod koniec 1947 roku Pstrowski coraz więcej czasu spędzał nie pod ziemią, lecz na imprezach partyjnych, wiecach i spotkaniach z robotnikami. Opowiadał o swojej pracy, życiu i sukcesach. W gazetach nazywano go herosem górniczego trudu. W Wigilię 1947 roku otrzymał z rąk Bolesława Bieruta Krzyż Orderu Odrodzenia Polski.

Nie był już wyłącznie górnikiem. Stał się twarzą kampanii, a twarz kampanii musi się dobrze prezentować. Pstrowski miał ubytki w uzębieniu, które źle wyglądały podczas oficjalnych wystąpień i partyjnych spotkań, dlatego poddał się zabiegowi. Jednorazowo usunięto mu kilka zębów.

Nie poczekał jednak, aż rany się zagoją. Szybko wrócił do obowiązków, wyjazdów i spotkań. Doszło do zakażenia krwi, a infekcja spowodowała gwałtowny rozwój ukrytej wcześniej białaczki szpikowej. W ratowanie jego życia zaangażowały się najwyższe władze partyjne i państwowe. Do szpitala w Krakowie sprowadzono najlepszych specjalistów, ale nie udało się go uratować.

Wincenty Pstrowski zmarł 18 kwietnia 1948 roku. Miał 43 lata.

IPN podsumowuje, że paradoksalnie stał się pierwszą ofiarą ruchu współzawodnictwa. Być może trafniej byłoby powiedzieć, że stał się ofiarą własnej nieroztropności połączonej z systemem, który nie przewidywał przerwy na gojenie.

Nie zabiła go więc sama kopalnia. Zabił go wizerunek.

Pierwszy polski influencer pracy umarł, ponieważ poprawiał uśmiech przed kolejnymi wystąpieniami, a potem nie dał sobie czasu na rekonwalescencję, bo miał grafik. Czekały na niego spotkania, wiece, dekoracje, przemówienia, kolejne wizyty i kolejne zdjęcia.

Jeżeli w tym momencie poczułaś nieprzyjemne ukłucie rozpoznania, to dobrze. Ja też. Oczywiście czasy i skala są nieporównywalne. Nie żyjemy w stalinowskim państwie i nikt nie powołuje trójek antysabotażowych do pilnowania naszej obecności na webinarze. Mimo to zadziwiająco dobrze znamy mechanizm, w którym człowiek nie odpoczywa nie dlatego, że ktoś mu tego bezpośrednio zakazał, ale dlatego, że stał się już postacią w opowieści o własnej niezawodności.

Nie może odwołać spotkania, zniknąć na tydzień, wyglądać źle ani przyznać, że potrzebuje przerwy. Ma przecież grafik.

Śmierć Pstrowskiego zaskoczyła władze, ale szybko postanowiono przekuć tragedię w kolejny propagandowy sukces. Jego pogrzeb, który odbył się 21 kwietnia, stał się ogromnym widowiskiem. Na czele konduktu szło 165 pocztów sztandarowych. Podawanych wówczas informacji o stu tysiącach uczestników nikt dziś nie traktuje całkiem poważnie, ale nawet po odjęciu propagandowej przesady musiało to być monumentalne wydarzenie.

Pstrowski mieszkał w Zabrzu niecałe dwa lata. W oficjalnym życiorysie przygotowanym na potrzeby propagandy został jednak górnikiem-komunistą ze Śląska. System nie tylko wykorzystał jego pracę, ale również poprawił mu biografię.

Dobrze, to teraz sprawdźmy, czy naprawdę nikomu się nie chce

Według danych Eurostatu za 2025 rok przeciętny pracownik w Unii Europejskiej spędzał w głównym miejscu pracy 35,9 godziny tygodniowo. Dziesięć lat wcześniej było to 36,9 godziny. W Holandii przeciętny czas pracy wynosił około 31,9 godziny, a w Polsce około 38 godzin.

To jeden z najwyższych wyników w Unii Europejskiej. Polski Instytut Ekonomiczny wskazuje, że znajdujemy się pod tym względem w europejskiej czołówce. Polscy jednoosobowi przedsiębiorcy pracują przeciętnie około 41,4 godziny tygodniowo, a ci, którzy zatrudniają inne osoby, około 43,7 godziny.

ZUS dorzuca do tego własną liczbę. W 2025 roku Polacy spędzili na zwolnieniach lekarskich około 290 milionów dni.

Naród, któremu rzekomo się nie chce, siedzi więc w pracy mniej więcej dwie godziny tygodniowo dłużej niż wynosi średnia unijna i ponad sześć godzin dłużej niż Holendrzy. O Holendrach jakoś rzadko mówi się jednak, że są narodem leniwym, zdemoralizowanym i pozbawionym etosu pracy.

Godziny są. Obecność jest. Czas oddany pracodawcom również. Brakuje czegoś zupełnie innego.

Liczba, która wywraca całą narrację

Według raportu Gallupa „State of the Global Workplace” odsetek zaangażowanych pracowników w Polsce wynosi około 7 procent. Średnia europejska to około 12 procent, a globalna około 20 procent.

Nie jest to pojedynczy słabszy wynik ani statystyczny przypadek. To konsekwentny spadek. W 2022 roku zaangażowanie w Polsce wynosiło około 14 procent. Rok później spadło do 10 procent, później do 8, a teraz do 7.

A teraz liczba, przy której warto na chwilę usiąść. Poziom deklarowanego codziennego stresu w Polsce wynosi około 22 procent, podczas gdy globalnie jest to około 40 procent. Gniewu, smutku i samotności również deklarujemy mniej niż wynosi średnia europejska i światowa.

Polska nie wygląda w tych danych jak rynek skrajnie wypalony. Wygląda jak rynek skrajnie nisko zaangażowany. Nie jesteśmy wyłącznie zmęczeni. Jesteśmy znudzeni, odłączeni i emocjonalnie nieobecni.

To rozróżnienie ma bardzo konkretne konsekwencje. Wypalenie próbuje się leczyć odpoczynkiem. Człowiek wyczerpany potrzebuje snu, urlopu, zmniejszenia obciążenia i odbudowania zasobów. Apatii odpoczynek nie rusza jednak ani o milimetr. Możesz dać człowiekowi trzy tygodnie wolnego, a wróci dokładnie tak samo nieobecny, tylko opalony.

Wiem, bo robię to co roku i doskonale wiem, jak wyglądam 2 września.

Cała nasza opowieść o zmęczeniu jest wygodna, ponieważ zmęczenie jest honorowe. Świadczy o tym, że robiliśmy coś ważnego, dużo z siebie daliśmy i przekroczyliśmy własne granice. Zmęczenie można nosić jak medal. Obojętność nie daje takiego alibi.

Trudniej powiedzieć: „Nie jestem wykończona, tylko kompletnie mnie to nie obchodzi”. Trudniej przyznać: „Mam siłę, ale nie widzę powodu”. Dlatego chętnie nazywamy wypaleniem również to, co jest frustracją, nudą, utratą sensu albo wieloletnim doświadczeniem, że od naszego wysiłku niewiele zależy.

„Nie chce mi się” nie jest wadą charakteru

W 2010 roku Wouter Kool, Joseph McGuire, Zev Rosen i Matthew Botvinick opublikowali serię eksperymentów, w których uczestnicy wybierali pomiędzy zadaniami poznawczo łatwiejszymi i trudniejszymi. Nagroda była taka sama, ale badani konsekwentnie wybierali zadania łatwiejsze.

Naukowcy opisali to jako unikanie wysiłku poznawczego i działanie prawa najmniejszego wysiłku umysłowego. Nie dlatego, że uczestnicy byli wyjątkowo leniwi, źle wychowani albo pozbawieni ambicji. Mózg traktuje wysiłek poznawczy jako realny koszt i uwzględnia go w bilansie przed podjęciem decyzji.

Unikanie zbędnego wysiłku nie jest błędem systemu. Jest jego funkcją. Tak działa każdy człowiek, który kiedykolwiek żył, również Wincenty Pstrowski.

Chcenie nie jest stałą cechą charakteru. Nie istnieją po prostu ludzie, którym zawsze się chce, i ludzie, którym zawsze się nie chce. Chcenie jest wynikiem równania:

sens × sprawczość × opłacalność

To mnożenie, nie dodawanie. Jeżeli jeden składnik spadnie do zera, cały wynik również wyniesie zero, niezależnie od tego, jak wysokie są pozostałe wartości. Najbardziej ambitny człowiek świata, umieszczony w zadaniu bez sensu, bez wpływu i bez widocznej opłacalności, po kilku tygodniach zacznie scrollować telefon pod biurkiem.

Math doesn’t math…

Pstrowskiemu nie chciało się bardziej niż nam. Pstrowski miał inne równanie. Widział sens, ponieważ wierzył, i to ślepo, że jego wysiłek służy odbudowie kraju i budowaniu nowego porządku. Miał sprawczość, ponieważ efekt jego pracy był konkretny. Chodnik miał określoną długość albo jej nie miał, węgiel został wydobyty albo nie. Widział też opłacalność, ponieważ znał alternatywę. Była nią bieda, bezrobocie i praca w biedaszybach.

Nasze równanie często wygląda inaczej. Sens rozpuszcza się w prezentacji o misji, wizji i wartościach firmy. Sprawczość ogranicza się do wyboru czcionki w dokumencie, którego i tak nikt nie przeczyta. Opłacalność jest dodatnia, ale niewidoczna, ponieważ bez względu na to, czy damy z siebie 70, czy 120 procent, pod koniec miesiąca na konto wpłynie dokładnie ta sama kwota.

To zwykły jest kryzys mnożnika.

Warto też zwrócić uwagę, co zrobiła partia, kiedy zorientowała się, że równanie nie działa. Nie zwiększyła sensu, nie oddała ludziom sprawczości i nie poprawiła proporcji pomiędzy wysiłkiem a nagrodą. Powołała czwórki.

My robimy podobnie. Tylko dzisiaj nazywamy je szkoleniami z motywacji, programami ambasadorskimi, systemami punktowymi, rankingami aktywności i warsztatami pod hasłem „obudź w sobie zwycięzcę”.

Część, w której przyznaję się do oszustwa

Napisałam w tytule „Nikomu nic się nie chce”, jakbym to zmierzyła. Nie zmierzyłam. Ja to widzę, a to nie jest to samo.

Widzę ludzi, którzy nie odpisali na maila, nie przyszli na szkolenie, na które sami się zapisali, albo powiedzieli „super pomysł, odezwę się”, a potem zniknęli w sposób, który zaczynam podziwiać za konsekwencję. Widzę formularze bez odpowiedzi, nieodebrane telefony, niedokończone projekty i ciszę po entuzjastycznym „wchodzę w to”.

Nie widzę jednak nauczycielki, która o 22:10 dokańcza karty pracy, ponieważ to jedyny czas kiedy ma na to przestrzeń. Nie widzę tej, która w niedzielę przerabia cały plan lekcji od początku, bo poprzednia wersja kompletnie nie zadziałała w jej klasie. Nie widzę osoby, która rano prowadzi zajęcia, po południu odpisuje rodzicom, wieczorem sprawdza prace, a pomiędzy jednym a drugim próbuje pamiętać, że miała kupić płyn do prania.

One do mnie nie piszą, bo nie mają na to czasu.

To klasyczny błąd doboru próby. Ludzie, którym się chce, są często niewidzialni, ponieważ właśnie coś robią. Widoczna pozostaje cisza tych, którym się nie chciało.

Ta sama pułapka działa na poziomie całego systemu. Liczba wakatów nauczycielskich spada, a resort przedstawia to jako dobrą wiadomość. W marcu 2026 roku było 3609 wolnych stanowisk, czyli mniej więcej o połowę mniej niż dwa lata wcześniej. Na wykresie wygląda to świetnie.

Tylko że, jak zauważają sami dyrektorzy, poprawa jest w dużej mierze efektem godzin ponadwymiarowych, łączenia etatów i dokładania obowiązków osobom, które już pracują w szkołach. Statystyka mówi, że wakatów jest mniej. Rzeczywistość mówi, że ci, którzy zostali, przejęli godziny tych, którzy odeszli.

Kiedy więc mówimy „nikomu się nie chce”, bardzo często naprawdę mamy na myśli: „Nie widzę tych, którzy właśnie robią to za wszystkich pozostałych”.

Mnie też się nie chce

Regularnie. Nie chce mi się odpisywać. Nie chce mi się kończyć rzeczy, które sama zaczęłam i o których wcześniej pisałam, że są świetne. Nie chce mi się iść na szkolenie, na które zapisałam się z entuzjazmem osoby, która w tamtym momencie była najwyraźniej kimś zupełnie innym. Nie chce mi się zaczynać projektu, który jeszcze miesiąc wcześniej wydawał się ekscytujący.

Przez lata traktowałam to jak defekt do naprawienia. Jakby gdzieś we mnie znajdował się zepsuty przełącznik i wystarczyło znaleźć odpowiedni system, aplikację, planer, metodę zarządzania czasem, poranną rutynę, wieczorną rutynę albo wystarczająco dobrą intencję zapisaną w niedzielę wieczorem.

Nie ma zepsutego przełącznika. Jest równanie, w którym jeden ze składników spadł do zera, a ja próbowałam to nadrobić, mnożąc pozostałe przez dwa. Matematyka na to nie pozwala.

Najuczciwsza rzecz, jakiej się nauczyłam, brzmi: „Nie chce mi się” prawie nigdy nie oznacza po prostu „nie chce mi się”. Najczęściej oznacza „nie tego”.

Nie w taki sposób. Nie z tymi ludźmi. Nie za tę cenę. Nie bez końca. Nie znowu. Nie wtedy, kiedy nie wiem, po co.

Puenta, dla której to napisałam

Cała powojenna odbudowa nie polegała na tym, żeby prawnuki robotników również harowały z entuzjazmem. Polegała na tym, żeby nie musiały.

Ten cały beton wylewano po to, żeby ktoś kiedyś mógł powiedzieć „nie chce mi się” i nie umrzeć z tego powodu. Żeby brak zapału przestał być wyrokiem. Żeby ośmioletnie dziecko nie szło do pracy u gospodarza tylko dlatego, że umarł mu ojciec. Żeby człowiek mógł zmienić pracę, odpocząć, poszukać innego zajęcia, powiedzieć „nie” i nadal mieć gdzie mieszkać.

Nasza apatia jest w pewnym sensie ich zwycięstwem. Jest skutkiem świata, w którym nie każda chwila musi być poświęcona biologicznemu przetrwaniu.

Tylko że istnieje poważny haczyk. Siedem procent zaangażowania przy trzydziestu ośmiu godzinach pracy tygodniowo nie jest zwycięstwem. To najgorsza możliwa kombinacja.

Godziny Pstrowskiego i sens niczyj.

On przynajmniej wiedział, po co pracuje, nawet jeżeli wierzył w rzecz, która ostatecznie go wykorzystała. My często mamy jego grafik bez jego powodu i jeszcze robimy sobie z tego wyrzuty.

Dlatego pytanie „dlaczego nikomu się nie chce?” jest źle postawione. Zakłada, że chcenie jest obowiązkiem, a jego brak wadą charakteru. Prowadzi prostą drogą z powrotem do marca 1948 roku, do czwórek, trójek i komitetów, których zadaniem było dopilnowanie, żeby ludziom się chciało.

Lepsze pytanie, skierowane do nastolatka siedzącego w trzeciej ławce, do koleżanki w pokoju nauczycielskim, do pracownika, który od miesięcy robi absolutne minimum, i do siebie o 6:40 rano, brzmi nie „dlaczego ci się nie chce?”, lecz „a czego by ci się chciało?”.

Bo odpowiedź „niczego” prawie nigdy nie jest prawdziwa.

Prawdziwa odpowiedź brzmi zwykle:

Nie tego.

Wszystkie fakty dotyczące Wincentego Pstrowskiego, w tym okoliczności jego śmierci, pochodzą z artykułu dr. Bogusława Tracza „Polski Stachanow”, opublikowanego 28 października 2020 roku w serwisie Przystanek Historia IPN. Dane dotyczące czasu pracy pochodzą z Eurostatu oraz opracowań Polskiego Instytutu Ekonomicznego, a dane o absencjach chorobowych z ZUS. Dane dotyczące zaangażowania, stresu i emocji pracowników pochodzą z raportów Gallupa „State of the Global Workplace”. Badanie dotyczące unikania wysiłku poznawczego: Wouter Kool, Joseph T. McGuire, Zev B. Rosen i Matthew M. Botvinick, „Decision Making and the Avoidance of Cognitive Demand”, „Journal of Experimental Psychology: General”, 2010. Dane o wakatach nauczycielskich pochodzą z odpowiedzi MEN na interpelację poselską nr 16007 z marca 2026 roku.

Podobne posty